Jak zostałem narodowcem

Jak zostałem narodowcem

Kiedy byłem małym dzieckiem, babcia uczyła mnie podstawowych modlitw oraz prostych wierszyków dla najmłodszych. Jednym z nich był słynny Katechizm polskiego dziecka, napisany w 1900 roku przez Władysława Bełzę, którego treść chcę przytoczyć, jako motto moich rozważań:

Kto ty jesteś? – Polak mały.
Jaki znak twój? – Orzeł biały.
Gdzie ty mieszkasz? – Między swemi.
W jakim kraju? – W polskiej ziemi.
Czym ta ziemia? – Mą ojczyzną.
Czym zdobyta? – Krwią i blizną.
Czy ją kochasz? – Kocham szczerze.
A w co wierzysz? – W Polskę wierzę.
Coś ty dla niej? – Wdzięczne dziecię.
Coś jej winien? – Oddać życie.

I od razu muszę się przyznać, że jako kilkulatek nie rozumiałem dobrze jego treści. Zastanawiałem się nad znaczeniem kolejnych wersów. Zadawałem sobie pytania dlaczego jestem Polakiem i kto to właściwie jest ów Polak? Nie rozumiałem też, dlaczego mam kochać Polskę, dlaczego w nią wierzyć, a tym bardziej dlaczego mam jej oddać życie. Przecież kochałem babcię, mamę, tatę, siostrę, ciocie i wujków, a życie to byłem ja.

Dzieciństwo i młodość spędziłem w PRL – takim dziwnym państwie, nie państwie, gdzie wszystko zależało od widzimisię KC PZPR, a tak naprawdę KPZR. W efekcie wiedziałem, że jestem Polakiem, ale prawdziwej Polski nie było. Zdawałem sobie jednocześnie sprawę z faktu, że wielu innych współobywateli kolaborowało z systemem narzuconym przez radzieckie czołgi i karabiny. Dlatego już wtedy rodziło się we mnie pytanie: kto właściwie jest Polakiem?

Lata 90. XX wieku, wbrew pozorom, zaczęły jeszcze bardziej podkreślać różnice wynikające ze światopoglądu i pochodzenia. Pamiętam jak zwykli ludzie potrafili narzekać, że święto narodowe przeniesiono z 22 lipca na 11 listopada, kiedy zawsze jest zimo, deszczowo i wietrznie. Wyglądało na to, że obywatelom było zupełnie obojętne czego rocznicę świętujemy. Nie obchodziło ich to, że letnie Narodowe Święto Odrodzenia Polski było wymyśloną przez komunistów mistyfikacją dokonaną na rozkaz Stalina. Zastanawiająca też była popularność tygodnika Nie Jerzego Urbana, stwierdzenia rzucane przez wykształconych ludzi, że on „tam pisze prawdę”, jakby правда miała cokolwiek wspólnego prawdą.

Pod koniec zeszłego wieku odbyłem pouczającą rozmowę. W trójkę siedzieliśmy w restauracji i po posiłku piliśmy białe wino. Zastanawialiśmy się nad dalszym rozwojem sytuacji gospodarczo-politycznej na świecie, możliwością wybuchu nowych konfliktów zbrojnych. Ja i kolega, którego znałem jeszcze z czasów licealnych, stwierdziliśmy, że gdyby zaistniała taka konieczność, to chyba zdecydowalibyśmy się na walkę za ojczyznę, nawet z bronią w ręku. Trzeci uczestnik rozmowy, którego poglądy można określić jako cyniczno-hedonistyczne, a postawę społeczną jako pasożytniczą, zaczął się cieszyć, że ktoś za niego będzie walczył i przelewał krew, bo on nie jest taki głupi. Wtedy zacząłem się zastanawiać czy może nie ma trochę racji, w końcu walcząc za Polskę, broni się również takich ludzi jak on, gotowych w razie czego na wszystko, zdradę, dowolną podłość, kolaborację. W końcu wszystko zależy od tego ilu podobnych mu jest w społeczeństwie. Przecież w tamtym czasie w wyborach większość głosowała na SLD i PSL.

Po kilku latach, przy żeglarskiej tawernie nad brzegiem Jeziora Wdzydze, odbyłem kolejną ciekawą rozmowę. Poznałem chłopaków z falangą wpiętą w kołnierzyk. Rozmawialiśmy o sytuacji w Polsce, a jeden z nich stwierdził:
– Jak teraz prawdziwi Polacy się nie przebudzą to już nie wiem.
– „Prawdziwi Polacy”? Czyli kto? Jak zdefiniujesz „prawdziwego Polaka”? – zapytałem – Przecież większość głosuje jak głosuje, myśli jak myśli. Jeżeli ich jest większość, to kto jest Polakiem?
No i właściwie na tym rozmowa się skończyła. Moje pytanie doprowadziło do smutnej refleksji. W końcu każdy z nas miał inne poglądy niż zdecydowana większość obywateli Polski. Oni jako radykalni narodowcy i ja jako… No właśnie. Jako kto?

Wlodzimierz Bykowski, ‚Sekta Wyborcza’, olowek i akryl

Po katastrofie lotniczej w Smoleńsku, śmierci Lecha Kaczyńskiego i lecących z nim polityków oraz zaproszonych gości, przez chwilę, wydawało się, że podzieleni od lat Polacy, zaczynają się jednoczyć lub przynajmniej na jakiś czas zawierają rozejm. Szybko okazało się, że to złudzenie. Już kilka obrazów z tamtego okresu sprawiło, że odczułem obrzydzenie: rozwydrzona hołota sikająca na znicze, ateiści stawiający krzyż z równiutko ułożonych puszek piwa Lech (w mojej ocenie dowód na inżynieryjną dokładność i jednoczesny brak artystycznego polotu), drąca się na całe gardło Dorota Stalińska, buta polityków PO. Co mogłem zrobić? Doszedłem do wniosku, że nie jestem Polakiem, bo skoro większość Polaków popiera politycznych oszustów, lubuje się w zbiorowym linczu na przeciwnikach, to ja nie jestem Polakiem, bo nie jestem taki jak oni!

Od dłuższego czasu świętowałem 11 listopada na swój sposób. Podobnie jak na 3 maja, gotowałem dobry obiad, otwierałem butelkę wina, wywieszałem polską flagę. Obserwowałem, że z roku na rok czyni tak więcej osób. Zacząłem oglądać w internecie zdjęcia z Marszu Niepodległości, który przez pierwsze lata przebiegał spokojnie i uroczyście. Narodowcy pokazywali innym Polakom, że 11 listopada to nasze święto. Ożywili je. Ale właśnie wtedy wielkie oburzenie podniosła Gazeta Wyborcza i środowiska związane z Krytyką Polityczną. Podniósł się krzyk przyrównujący polskich narodowców z niemieckimi nazistami. Zaczęło się blokowanie marszu, rozróby, nagonka mediów głównego nurtu. W internecie można było jednak zobaczyć relację na żywo z kamery umieszczonej przy ulicy, na jakimś słupie. Ludzie szli, szli i szli. Niezliczony tłum zwykłych obywateli z flagami manifestował swoją Polskość i niezależność. Byli spokojni, zwyczajni. Ale Marsz Niepodległości w mediach wyglądał zupełnie inaczej. Na stronach narodowców można było przeczytać, że wszystkie burdy były prowokacjami zorganizowanymi przez władzę. Pokazywano zdjęcia i nagrania, gdzie na przykład ubrany po cywilnemu funkcjonariusz kopał bogu ducha winnego chłopaka z polską flagą. Kulminacją było podpalenie budki strażniczej pod ambasadą Rosji w 2013 roku. Po kilku miesiącach, niespodziewanie wybuchła afera podsłuchowa. Pojawiały się kolejne nagrania. Na jednej z taśm mogliśmy usłyszeć rozmowę ówczesnej minister rozwoju regionalnego, a dziś Europejską Komisarz ds. Rynku Wewnętrznego i Usług, Elżbietą Bieńkowską z szefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego Pawłem Wojtunikiem. Sami z siebie stwierdzili oni, że podpalenie budki przy ambasadzie Rosji zostało wykonane na zlecenie ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza! Nikt ich do takiego wyznania nie zmuszał i co ciekawe sprawa nie została do dziś wyjaśniona. W 2016 roku władza przeszła w ręce PiS, nadmienię, że partii, która nie popiera Ruchu Narodowego. Stało się jednak coś niebywałego. Marsz Niepodległości zaczął przebiegać spokojnie, nie było bijatyk, starć z policją i przeciwnikami politycznymi. Jakie z tego można wyciągnąć wnioski? Może narodowcy mieli rację oskarżając władzę z PO o prowokacje?

W 2016 roku, Gazeta Wyborcza rozpętała kolejną nagonkę, tym razem na księdza Jacka Międlara ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy. Jego całą winą było to, że miał zbyt tradycyjne i narodowe kazania, oraz że zajął się duszpasterstwem środowisk związanych z ONR. Wszystko skończyło się wystąpieniem nieszczęsnego duszpasterza ze Zgromadzenia. Teraz, Jacek Międlar jeszcze bardziej się zradykalizował i nic go już nie powstrzymuje, a kolejne wypowiedzi przekraczają następne granice. Czy o to chodziło dziennikarzom z Czerskiej?

W tym samym roku Facebook zablokował konto Marszu Niepodległości tylko za to, że na plakacie reklamującym imprezę pojawiła się falanga, jako symbol jednego z organizatorów (dodam, że znak dopuszczony przez polskie prawo). Podobno było to związane z walką z rasizmem, ksenofobią lub jeszcze z czymś innym. Oczywiście na tym samym portalu społecznościowym mogły w tym samym czasie istnieć dziesiątki stron odnoszących się do ideologi, które wymordowały miliony ludzi na całym świecie lub związanych ze zwyczajnym hejtem. Inny portal społecznościowy, Twitter, też zaczął blokować pojedynczych użytkowników. „Czy to nie za wiele” – pomyślałem. „Po co ja w tym uczestniczę” i w ramach indywidualnego protestu, o którym nikt się nie dowiedział, skasowałem stronę na Facebooku oraz konto na Twitterze. Na koniec Facebook przywrócił stronę organizatorom marszu. Dla mnie nie miało to już znaczenia. Zradykalizowałem się.

Absurd niektórych mediów trwał jednak dalej. W Marszu Niepodległości uczestniczył ucharakteryzowany na murzyna redaktor Gazety Wyborczej, który później wyprodukował relację z telepatycznego odczytu rasistowskich myśli innych uczestników. To było prawdziwe osiągnięcie. By było zabawniej, w tym samym marszu, ale pod sztandarami ONR, kolejny raz uczestniczył niepełnosprawny mulat, który czuje się narodowcem i jest Polakiem. Cóż miałem wtedy zrobić? Musiałem postąpić radykalnie. Też zostałem narodowcem! Przecież łysy jestem od lat, a opalić też się mogę. Pozostaje mi już chyba tylko poszukać ze świecą w ręku podobnych do mnie „prawdziwych Polaków”.

Włodzimierz Bykowski

Related posts