Lwów – czy raczej Lviv, Lemberg, Leopolis albo Львів?

Lwów – czy raczej Lviv, Lemberg, Leopolis albo Львів?

Lviv, Lemberg, Leopolis, Львів. Właśnie te nazwy pojawiają się na kartkach pocztowych, magnesach i innych popularnych pamiątkach turystycznych. Rzadziej Lwów. Prawie wcale. W mieście, będącym punktem odniesienia dla wielu Polaków, traktujących je jak swoje własne, ukochane, dzięki powiązaniom rodzinnym, sentymentalnym, a także biznesowym, usuwane są niemal wszelkie ślady polskości.

            Zachęcona nowym, bezpośrednim połączeniem lotniczym między Bydgoszczą a Lwowem, jak również będąc pod urokiem książek Marka Krajewskiego, udałam się lotem inauguracyjnym na podbój Lwowa. Wsiąkłam. Po uszy. Przełom lipca i sierpnia AD 2017 i 2018 to czas Lwowa.

            Wędrując po mieście i podziwiając przepiękne, aczkolwiek zrujnowane kamienice doceniałam ich piękno, elementy wykończenia, bogatą ornamentykę. Czułam się jak w bydgoskim Śródmieściu. Zarówno główne jak i boczne uliczki z krzywymi chodnikami i dziurawymi jezdniami, tak inne od polskich ulic, mają w sobie urok ulicy Cieszkowskiego, mojego ulubionego zakątka grodu nad Brdą.

            Okolice lwowskiego Rynku to budowle, na których  można jeszcze dostrzec polskie szyldy i polskie nazwy ulic. Jeszcze, bo ślady te zanikają. Są zamalowywane, zdrapywane, usuwane. Często w niechlujny sposób, czego przykładem jest imponujący kompleks budynków Lwowskiego Uniwersytetu Medycznego, gdzie na pięknej fasadzie, spod topornie wyglądającego ukraińskiego trójzębu, wystają jeszcze końcówki nóg i skrzydeł orła białego. Na Cmentarzu Łyczakowskim, jednej z najstarszych nekropolii na terenie dawnej Rzeczpospolitej, miejscu gdzie w szczególny sposób mieszają się losy mieszkańców Lwowa, niszczeją polskie grobowce i wyrywane są tabliczki z polskimi nazwiskami. Po wysiedleniu Polaków z miasta po II wojnie światowej, kontynuowano tam chowanie zmarłych, często wykorzystując wcześniejsze groby i dodając do nich niezgrabne elementy socrealistycznej stylistyki.

            Historia Lwowa w wersji współczesnej też jest specyficzna.  Z lakonicznej treści tabliczki informacyjnej wiszącej przy wejściu na Uniwersytet Lwowski, założony w 1661 roku, można wywnioskować, że zdematerializował się w tym samym roku na ponad 280 lat, by odrodzić się w latach czterdziestych XX wieku jako Lwowski Uniwersytet Narodowy im. Iwana Franki. O Akademii Lwowskiej ani o żadnym wpływie polskim i wadze naukowej na przestrzeni prawie trzech stuleci – nie ma ani słowa.

Muzeum Pamięci Narodowej „Więzienie przy Łąckiego”

           Kolejnym przykładem egzotycznego podejścia do historii jest Muzeum Pamięci Narodowej „Więzienie przy Łąckiego”. W tym lwowskim więzieniu NKWD, możemy spotkać się z informacją, że było to miejsce kaźni reżimu faszystowskiego, sowieckiego i polskiego. Ukraiński wariant faktów przekazany jest w języku ukraińskim i angielskim. O polskich ofiarach, które stanowiły większość zamęczonych tam osób, w ogóle nie ma mowy. A ginęli tam zarówno Polacy jak i Ukraińcy.

Tablica informacyjna przy Muzeum Pamięci Narodowej „Więzienie przy Łąckiego”

            Kwestia lwowskich Żydów, najczęściej polskojęzycznych i używających jidysz, których na początku II wojny światowej było około stu pięćdziesięciu tysięcy, a w 1945 zaledwie 700,  to temat na inny felieton. Pokrótce warto dodać, że byli ofiarami wspólnych działań rosyjsko-ukraińsko-niemieckich i ginęli głównie w niemieckim obozie zagłady w Bełżcu, miejscu kaźni mieszkańców Galicji. Te wydarzenia, jakże niewygodne we współczesnych czasach, w które wplątani byli Ukraińcy, mamieni zarówno przez niemieckiego jak i rosyjskiego okupanta obietnicą niepodległej Ukrainy, są prawie zupełnie wymazane z historii Lwowa. Pomnik Synagogi Złota Róża nie wyczerpuje tematu.

            Nie można zapomnieć o szczególnie interesującym wątku językowym. Jestem lingwistycznie prospołeczna i przekonana o tym, że ludzie,  jeśli tylko są tym zainteresowani, mogą porozumieć się ze sobą pomimo istniejących barier. I tak bardzo często bywało, zwłaszcza z nieco starszym pokoleniem, chętnym do rozmów. Ale nie zawsze.

            Wydawałoby się, że młody Ukrainiec ze Lwowa i nieco starszawa Polka z Bydgoszczy dogadają się, przynajmniej w kwestiach podstawowych. W jednej z kawiarni, o wybitnie europejskim wystroju, młody człowiek stanowczo zaprotestował przeciwko używaniu języka polskiego  (powiedziałam: „Poproszę dwie kawy z mlekiem i cappuccino”) i przeszedł na język angielski. Przy podliczaniu zamówienia wyraźnie działał na swoją ekonomiczną niekorzyść twierdząc, że za owe trzy kawy należy się siedemnaście hrywien. Mimo że ceny na Ukrainie są bardzo przyjazne dla naszej kieszeni, suma ta daleko odbiegała od kawiarnianej rzeczywistości. Chcąc pomóc młodzianowi w uniknięciu manka, z pewną nieśmiałością zasugerowałam bardziej prawdopodobną kwotę siedemdziesięciu hrywien. Młody człowiek ostro się temu sprzeciwił, na co ja, z charakterystycznym nauczycielskim zapędem (czyt. zapałem), starałam się wyjaśnić różnicę w angielskiej wymowie liczebników 17 i 70. Dialog przeciągał się, kawa stygła, każdy obstawał przy swojej wersji, z czasem ja już coraz mniej, nie chcąc być problematyczną klientką z Polski. Nagle pojawił się lingwistyczny autorytet w postaci drugiego pracownika, który, z mocą w głosie, rozwiał wszelkie finansowe wątpliwości, żądając ode mnie simdesjat, a nie simnadsjać hrywien. Nie protestowałam.

            W kolejnej kawiarni, słynącej z obecności pewnych włochatych zwierząt domowych, przechadzających się między konsumentami, obsługa, słysząc język polski, zupełnie nas zignorowała. Po trzydziestu minutach prób nawiązania kontaktu zrezygnowałyśmy z kawy.

W hostelu młodzi recepcjoniści twierdzili, że nie rozumieją po polsku i że mogą rozmawiać po angielsku. Gdy (tradycyjnie już) wysadziłam korki w pokoju, spaliłam suszarkę do włosów i udałam się do recepcji, żeby rozwiązać zaistniałą sytuację okazało się, że nastąpił problem komunikacyjny, gdyż młodzież nie do końca mnie rozumiała, a przecież nie prowadziliśmy rozmowy na tematy filozoficzne. Pocieszające jest jednak, że prośbę o papier toaletowy, wyartykułowaną w naszym ojczystym języku, szybko spełnili.

            Śmiem twierdzić, że znajomość języka polskiego była czasami ściśle związana z prawdopodobieństwem otrzymania dodatkowej gratyfikacji za usługi, zwłaszcza gastronomiczne, ale takie są prawa rynku. A może wynika to z samej typologii języków słowiańskich? Wszak język polski skategoryzowany jest jako język zachodniosłowiański, a ukraiński należy do grupy wschodniosłowiańskiej. Czy podział na wschód i zachód również w tej kwestii może mieć wpływ na  jakość porozumiewania się?

            Podsumowując, wydaje się, że Lwów wypiera z pamięci swoją polską historię, nie przyznaje się do swoich korzeni, odrzuca prawdę i próbuje tworzyć nową – według trudnych do określenia zasad. Truizmem jest twierdzenie, że stosunki polsko-ukraińskie nigdy nie były łatwe. Wzajemne relacje były i są wynikiem zachowań ludzkich, ich podejścia do drugiego człowieka. Niemniej jednak zamazywanie prawdy historycznej może być postrzegane jako oznaka słabości narodowej i przejaw szeroko pojętych kompleksów. Lwów należał do Polski i nic tego nie zmieni.

 

Magdalena Grabowska

Related posts