Covid-19. Polska a Wielka Brytania?

Covid-19. Polska a Wielka Brytania?

Porównanie danych dotyczących epidemii pokazuje, że zdecydowanie lepiej poradzono sobie z sytuacją nad Wisłą. Nasz kraj wielokrotnie wskazywany był jako przykład właściwej, dobrze zorganizowanej reakcji.  Zjednoczone Królestwo też wskazywane jest jako przykład, ale niestety na drugim końcu skali. Tragiczny brytyjski bilans okazał się gorszy nawet od sytuacji w europejskich epicentrach choroby, którymi były Włochy i Hiszpania.

Tragiczny brytyjski bilans

Biorąc pod uwagę dane zaznaczyć należy, że prawdopodobnie dopiero po upływie wielu miesięcy bądź lat poznamy względnie obiektywne statystki z całego świata. Jednym z powodów są różne kryteria przyjmowane przez poszczególne państwa, dotyczące np. definicji „zakażenia”. Kolejnym czynnikiem jest fakt, że w sporej części krajów stosowano metodologię, wg której do statystyki zgonów nie liczy się osób, które oprócz objawów COVID-19 miały jeszcze inną poważną chorobę.

Niestety, po takiej weryfikacji Wielka Brytania może wypaść jeszcze gorzej. Do drugiej połowy marca, wg oficjalnych informacji NHS (Brytyjska Służba Zdrowia), liczba przeprowadzonych testów była niższa niż liczba ofiar śmiertelnych. Decyzję o zgłoszeniu, bądź nie, zgonu pacjenta z objawami koronawirusa subiektywnie podejmował personel medyczny.

Niezależnie od przyszłych korekt statystyk, ogromna dysproporcja pomiędzy Wielką Brytania a Polską pozostanie. Na Wyspach zmarło ponad 42 tys. osób – przy populacji ok. 66 mln, w Polsce nieco ponad 1 tys. – przy populacji ok. 38 mln.

Wirus do walki z Kościołem

Mając czytelny obraz sytuacji należy zwrócić uwagę na zagadkowe dysproporcje w innych kwestiach. W Polsce, mimo ograniczeń dotyczących liczby wiernych, kościoły były cały czas otwarte. W Wielkiej Brytanii świątynie zamknięto w pierwszej kolejności – już w połowie marca. Dopiero kilka tygodni później zdecydowano się na wstrzymanie działalności pubów, restauracji i kawiarni. Co więcej, już w maju w części marketów zniknęły obostrzenia dotyczące ilości klientów przebywających w obiekcie, a w czerwcu poinformowano o rychłym otwarciu klubów i lokali gastronomicznych. Tymczasem, zakaz publicznego odprawiania Mszy św. nadal nie został zniesiony. Jest to zastanawiające, bo w Wielkiej Brytanii kościoły zdecydowanie nie należą do miejsc zatłoczonych.

Podobnych „zagadkowych” okoliczności było znacznie więcej. W czasie, kiedy obowiązywał już zakaz wstępu do świątyń, w Edynburgu – słynącym z festiwali teatralnych, informowano o niedługiej publikacji programu tej ogromnej letniej imprezy. Co roku stolicę Szkocji odwiedza w tym okresie ok. 2 mln turystów, a miasto zatłoczone jest do granic możliwości. Dopiero w kwietniu ogłoszono decyzję o rezygnacji z eventu.

Jedynym wytłumaczeniem tych dziwnych posunięć mogą być chyba słowa Biskupa Edwarda Kawki „To jakiś pobożny wirus, który chodzi do kościoła, ale omija supermarkety”.

(red.)

Related posts