Drogi do wolności (VII)

Drogi do wolności (VII)
Leon Kaufmann, „Zebranie członków Komitetu Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, w Vevey w Szwajcarii”, pastel, papier na płótnie, 1916 r.

Aktorzy drugiego planu

Rok 1915 był najbardziej bezowocnym w całej wojnie w kwestii dyplomacji. Polscy działacze odbijali się od politycznych salonów trzech państw zaborczych lub, jak Dmowski, próbowali dotrzeć do wpływowych kręgów na zachodzie Europy. Niemcy trzymały się bardzo mocno. Austro-Węgry mimo walki już na trzech frontach (od wiosny 1915 r. front włoski) wciąż funkcjonowały sprawnie. Nawet Rosja jeszcze trzymała się nieźle.  Dlatego warto się teraz przyjrzeć innemu rodzajowi działania w służbie Niepodległej.

Gdy świętowaliśmy stulecie odzyskania niepodległości na wielu okolicznościowych grafikach oprócz Dmowskiego, Piłsudskiego czy innych działaczy najczęściej pojawiała się postać Ignacego Jana Paderewskiego. Pianisty, kompozytora. W tamtych czasach w świecie zachodnim miał status, który można by dziś porównać tylko z gwiazdą rocka. Każdy chciał go znać, zrobić sobie z nim zdjęcie, uścisnąć dłoń etc. Paderewski będący gorącym patriotą doskonale ten status wykorzystywał. Wszyscy słyszeliśmy o jego zasługach politycznych, choć politykiem był raczej bardzo słabym (z czego zdawał sobie sprawę). Umyka nam jednak często fakt, że Ignacy Jan – człowiek instytucja, wspomagał „rozkręcenie” wielkiej machiny pomocy charytatywnej i wszędzie gdzie mógł organizował zbiórki pieniędzy dla umęczonej polskiej ludności.

Ignacy paderwski

Najwięcej zbierano w USA, choć sam Paderewski był raczej zawiedziony skalą pomocy.  Amerykanie nie bardzo interesowali się I wojną, poza tym Polacy mieli sporą konkurencję. Pieniądze bowiem zbierał każdy naród dotknięty konfliktem, łącznie z państwami centralnymi (do 1917 roku).  Wśród Polonii amerykańskiej brakowało często jedności. Zbiórki zależały czasem od sympatii politycznych. Polacy znaleźli się przecież po obu stronach tej konfrontacji i na obie strony zbierano środki.

Największą siłą koordynującą pomoc płynącą z Zachodu był, założony z inicjatywy polityka blisko powiązanego z narodową demokracją – Erazma Piltza, Komitet Generalny Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, rezydujący w Szwajcarii. Sam Piltz nie zdecydował się stanąć na jego czele. Poprosił o to Henryka Sienkiewicza, który od końca 1914 roku przebywał w tym kraju. Wiceprezesem został Ignacy Paderewski. Komitet działał za pośrednictwem 174 lokalnych delegatur rozsianych po świecie (najwięcej w USA).  Po śmierci Sienkiewicza w 1916 roku Paderewski został mianowany prezesem.

Na ziemiach polskich  krótko po rozpoczęciu działań wojennych zaczęły powstawać Komitety Obywatelskie. Niosły pomoc ludności cywilnej i często administrowały okolicznymi terenami, nie pozwalając by w wojennej zawierusze zapanował chaos. KO nie zostały zniesione przez Niemców po wkroczeniu na tereny zaboru rosyjskiego. Nie widzieli w nich zagrożenia. Najważniejszym KO był Warszawski, kierowany przez księcia Lubomirskiego. Po wkroczeniu Niemców do stolicy w VIII 1915 roku Zdzisław Lubomirski faktycznie przez kilka dni kierował całym miastem a wkrótce został jego prezydentem. W późniejszym okresie niechętne księciu kręgi polityczne wytykały mu rządy z nadania Niemców. Prawda jest jednak taka, że Lubomirski postawił po prostu Niemców przed faktami dokonanymi. Mniej więcej od 1916 roku zaczęły powstawać na terenach opanowanych przez obie armie państw centralnych komitety podległe zaborczym władzom wojskowym, choć często kierowane przez Polaków.

W pomoc aktywnie włączyli się również rodacy z Rosji. Pomagali zarówno tysiącom uchodźców jak i jeńcom wojennym. Nie szczędzili sił, środków, wykorzystywali swoje koneksje towarzyskie.

To już nie nasze wojsko

Erazm Piltz

W części V „Dróg do wolności” (Polski Magazyn w UK ’19-12/’20-1/7) opisałem stosunek ludności polskiej do armii zaborczych, które ludność w ogromnej większości uznawała za własne i życzyła im powodzenia na froncie. Tak było w 1914 roku. Zaborcy bardzo się jednak postarali by tę sytuację zmienić. Wspominałem o tym, jak na początku wojny Niemcy bez sensu zupełnie zbombardowali Kalisz – zabijając ludność cywilną. Powód takiego zachowania był prosty. Ktoś z Kalisza ostrzelał odziały niemieckie. Dowództwo by ukarać i zdyscyplinować Polaków nakazało bombardowanie miasta. Jak się później okazało nie strzelał nikt z Polaków. Zrobili to pijani niemieccy żołnierze. Takie sytuacje, gdy nieco „mniej zdyscyplinowane” i często pijane niewielkie odziały omyłkowo strzelały do własnych żołnierzy, zdarzyły się kilka razy – zarówno Niemcom jak i CK armii. Oficerowie zazwyczaj nie chcieli przyjąć tego do wiadomości, msząc się na Bogu ducha winnej ludności cywilnej. Najbardziej brutalni wobec ludności cywilnej byli Niemcy, często wierzący we własną propagandę przedstawiającą ludność ze wschodu jako dzikusów – marzących tylko o tym by kulturalnemu Niemcowi wbić nóż w plecy. Pod okupacją CK armii było trochę lepiej. Po pierwsze dlatego, że wojsko było wielonarodowe, po drugie niektórzy wciąż wierzyli, że po zakończeniu wojny utworzy się austro-węgro-polskę.

O ile zachowanie CK armii i Niemców można było jeszcze zrozumieć, wchodzili w końcu na okupowane tereny, o tyle Rosjanie okazali się zupełnie bezmyślni. Ewentualnie możemy przyjąć, że  działali z premedytacją jakby wiedząc, że na tereny przyszłej  Polski już nigdy nie wrócą. Niezależnie od tego, która z powyższych opcji byłaby bliższa prawdy, po mistrzowsku zmarnowali kapitał, który mieli wśród ludności cywilnej od początku wojny. Podczas wielkiej ofensywy państw centralnych w 1915 roku Rosjanie rozpoczęli,  gdzie to tylko było możliwe, kontrolowany odwrót. Wiązały się z tym gwałty, wszechobecny rabunek, wygnanie tysięcy ludzi na wschód oraz niszczenie infrastruktury i przemysłu. Czego nie udało się wywieźć podpalano lub wysadzano, tak by Niemcy wkroczyli na tereny, których nie można wykorzystać w dalszej walce przeciw Rosji. Jaki efekt to dało najlepiej świadczy los legionów. Gdy pierwsza kadrowa wkraczała na Kielecczyznę spotkała się delikatnie mówiąc z obojętnością miejscowej ludności. Rok później, gdy legiony biły się na Lubelszczyźnie, każdego dnia zgłaszało się mnóstwo ochotników chcących dołączyć do formacji.

Żadnych złudzeń

Henryk Sienkiewicz

Po kilku miesiącach zmagań wielka wojna stała się wojną na wyniszczenie. Stało się jasne, że nie mogąc złamać ostatecznie przeciwnika w polu trzeba pozbawić go środków do prowadzenia walki. Doskonale rozumiał to Berlin, który dość szybko sondował możliwości zakończenia wojny. Chodzi o osobny pokój z jednym z wrogów. Dałoby to możliwość przerzucenia wojsk na jeden tylko front i zmiażdżenia pozostałych przeciwników. Trzeba przyznać, że zamysły Niemiec były na ogół dobrze realizowane i wojna układała się raczej po ich myśli, choć wciąż nie doczekali się upragnionego pokoju.

Rosja potrzebowała zwycięstw. Ich brak był zapowiedzią nachodzącej rewolucji. Doskonale rozumieli to endecy i po klęsce 1915 roku zrezygnowali z działań w państwie carów. Niestety część środowisk konserwatywnych jeszcze przez jakiś czas nie zauważała nadchodzących zmian i w słabnącym caracie widziała szanse dla sprawy polskiej – a nie zapowiedź nachodzącego chaosu. Mówię tutaj oczywiście o działaniach politycznych. Działalność charytatywna to zupełnie inna kwestia.

Podobnie było w Wiedniu. To, że monarchia naddunajska jest wyeliminowana jako kluczowy gracz, pojął Piłsudski i wkrótce reszta legionistów. Walka nie miała sensu dla sprawy polskiej. Niestety prawie do samego końca  nie rozumiały tego środowiska konserwatywne i lojalistyczne, jeszcze w 1918 roku wiążące z Wiedniem nadzieję. Tymczasem CK monarchia została zdradzona przez najbliższego sojusznika. Stała się zakładnikiem Berlina. Od lata 1915 roku walczyła na trzech frontach. Dzielnie opierała się Włochom, zadając im potężne straty w czterech dużych bitwach górskich. W końcu odniosła sukces na Bałkanach. Pokonała Serbię. Zajęła Czarnogórę i Albanię. Jednak, gdyby Niemcy zwinęli swoje posiłki na północy kraju, mogłaby przegrać na froncie Rosyjskim. CK monarchia była więc zależna, przynajmniej do czasu pokonania Rosji, od Berlina. O tym dlaczego trójmonarchia nie mogła powstać już pisałem. Z perspektywy stu lat wysiłki części polskich polityków były tyle szlachetne co naiwne. Nadchodził rok 1916 i na placu boju pozostały już tylko dwie koncepcje Berlin lub Paryż/Londyn.

Michał Gackowski

Related posts