Geje, feministki, politycy – co zrobiliście z moją wolnością?

Geje, feministki, politycy – co zrobiliście z moją wolnością?
fot. Instytut Kultury Prawnej ORDO IURIS - www.ordoiuris.pl

W latach 70. i 80. minionego wieku, za czasów kiedy w Polsce przewodnią rolę odgrywała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, mówiło się, że Polska Rzeczpospolita Ludowa to najzabawniejszy barak w obozie demoludów, czyli państw przymuszonych siłą do braterskiej przyjaźni ze Związkiem Socjalistycznych Republik Sowieckich, wówczas nazywanym w kraju nad Wisłą Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, choć oryginalna nazwa CCCP (Союз Советских Социалистических Республик) wskazywała, że powinno być „Sowieckich” (ale советовать znaczy radzić). Przytłoczeni świadomością czołgów i żołnierzy stacjonujących w polskich lasach, pocieszaliśmy się, że u nas panuje największa wolność. W odróżnieniu od Czechosłowacji nie było w PRL czerwonych gwiazd na każdym przystanku, budynku publicznym lub autobusie. Ludzie byli weselsi i mniej się bali. Dodatkowo, pierwszy sekretarz PZPR Edward Gierek, otworzył nasz kraj na Zachód. W Peweksach można było kupić za dolary, a kiedy się ich nie miało to chociaż pooglądać, to co produkuje się na Zachodzie, w „wolnym świecie”. Trzymając w ręku 20 dolców można było wejść do sklepu i nabyć firmowe jeansy, które w porównaniu ze współczesnymi, nie były dekatyzowane, dlatego nosiło je się naprawdę długo. Na półkach stały puszki z holenderskim piwem oraz butelki z francuskim brandy Napoleon. Słowem żyć, patrzeć, marzyć i nie umierać.

Politycy parti: Razem, SLD i Wiosny – popierający ruch gender

Za Gierka, nawet w zwykłych sklepach, pojawiły się luksusowe produkty. Prawdziwym przeżyciem były stojące w SAM-ach skrzynki z butelkami Mirindy i Pepsi lub Coca-Coli, gumy do żucia i komiksy w kioskach. W warzywniakach „rzucono” czasem nawet ananasy lub banany! Nie było tego dużo, ale można było to wszystko, przy odrobinie szczęścia, zdobyć. W kinach i telewizji puszczano z kilkuletnim opóźnieniem zachodnie filmy. Gwiezdne wojnyHairLot nad kukułczym gniazdemPłonący wieżowiecRockyDzięki Bogu już piątekColomboKojak to tylko niektóre tytuły, które mocno wyryły się w świadomości osób żyjących w tamtych czasach. Nie mieliśmy jednak pełnej wolności. Każdy wiedział (choć nigdzie nie było to zapisane), że publicznie nie można powiedzieć, że komunizm to bzdura, że partyjni działacze to szuje, świnie i złodzieje, że namalowane białą farbą na czerwonym tle i wiszące na budynkach hasła sławiące socjalistyczny porządek to zwyczajne kłamstwa. Każdy obywatel miał w sobie autocenzurę, która nie pozwalała mówić publicznie tego co się naprawdę czuje. Przynajmniej na zewnątrz trzeba było zgadzać się z tym co głosiła przewodnia siła narodu, zawsze mądrzejsza partia robotnicza. Za słowo „Katyń”, przypiętego do klapy kurtki orzełka z koroną lub znaczek z podobizną Piłsudskiego można było stracić pracę, być represjonowanym. Jeżeli ktoś nie wierzy, to podam drobny przykład z mojego życia.

Tusk w towarzystwie Schetyny, Lubnauer, Czarzastego i Kosiniaka-Kamysza maszerujący na tle transparentu nawołującego do wprowadzenia homoadopcji

W połowie lat 80. (sic!), jako uczeń Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Bydgoszczy, zostałem, podobnie jak inni, przymuszony do wzięcia udziału w obowiązkowym „Konkursie wiedzy o Partii”. Byłem zbuntowany i bezkompromisowy, dlatego na kartce nie napisałem ani jednej odpowiedzi. W efekcie zostałem wezwany na rozmowę przez wicedyrektora, członka Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego (obecnie partia ta wróciła do przedwojennej nazwy, czyli PSL) i zganiony za manifestację poglądów niezgodnych z oficjalnym programem ludowego państwa. Na koniec obniżono mi ocenę ze sprawowania. Nie musiałem nic powiedzieć, wystarczyło oddać białą kartkę! Dlatego kiedy Joanna Szczepkowska, 28 października 1989 r., powiedziała w telewizji: „Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.”, to odczułem ulgę, choć wiedziałem, że tak naprawdę to niewiele się zmieniło, bo Adam Michnik, Bronisław Geremek, Lech Wałęsa i inni dawni opozycjoniści dogadali się przy Okrągłym Stole z komuchami jak Aleksander Kwaśniewski, Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak, Leszek Miller. Na hańbę narodu, pierwszym prezydentem postpeerelowskiego państwa został generał odpowiedzialny za śmierć robotników w grudniu 1970 r. i górników zamordowanych w kopalni „Wujek”. To był grzech założycielski rzekomo nowego państwa. Na szczęście wydawało się, że wreszcie można mówić i myśleć co się chce. Młodzi, gniewni nie zgadzali się z oficjalną interpretacją „grubej kreski” Mazowieckiego i sami poszli odbijać komuchom komitety, wyrwać czerwonym to, co sobie przywłaszczyli. Była szansa na zmianę. Nie wiedzieliśmy tylko jednego, że Zachód się zmienił i zupełnie nie przystawał do tego co przez lata o nim myśleliśmy. Z jednego obozu niepostrzeżenie przechodziliśmy do drugiego, gdzie również zaczęto karać za myślozbrodnię z orwellowskiego Roku 1984.

Kiedy żyliśmy w więzieniu socjalistycznych demokracji wschodniego bloku podglądaliśmy Zachód przez dziurkę od klucza. Niestety niewiele było przez nią widać – prócz kolorowych obrazków z turystycznych folderów oraz uśmiechniętych ludzi z telewizyjnych reklam. Nie wiedzieliśmy, że od lat działają tam rozmaici agenci (to nie żart) i pożyteczni idioci, którzy na uniwersytetach lub w mediach zarażali ludzi komunistycznymi bredniami, kultem Che i innych zbrodniarzy przebranych w owcze skóry. W ramach wolności słowa powtarzano kłamstwa tysiąc razy, by zgodnie z geobbelsowskim prawem propagandy zamienić kłamstwo w prawdę. Alchemia psychologii społecznej zadziałała. Ołów stał się złotem. Błyszczy się i świeci, ale jest cholernie ciężki i rozrywa kieszenie. Pod płaszczykiem wolności zaczęły na Zachodzie obowiązywać różne lewackie ideologie.

Zasada współczesnej propagandy jest prosta. Niczego się nie udowadnia, niczemu nie zaprzecza. Zmienia się tylko znaczenie słów i symboli, wyśmiewa, przemilcza fakty, stosuje techniki znane z reklamy, polegające na formatowaniu konsumenta. Najpierw pojawiają się artykuły lub programy przygotowujące grunt na odpowiednie przyjęcie nowego produktu. Prowokuje się oburzenie dyskryminacją lub innym medialnym faktem. Mówi się, że coś jest „normalne”, choć tak naprawdę już nikt nie pamięta co właściwie to słowo znaczy, bo prawda nikogo nie obchodzi, liczy się tylko moda i trend. Później zmienia się znaczenie słów, a następnie uchwala nowe prawa, które mają nas ustrzec przez błędami. Wszystko w trosce o dobro i bezpieczeństwo. A kto się z tym nie zgadza popełnia myślozbrodnię, jest wrogiem klasowym. Przesadzam?

Politycy: Tomasz Trela (SLD), Anita Sowinska (Wiosna) i Mateusz Mirys (Razem) – forsujący ideologię gender

Według Słownika Języka Polskiego PWN z 1979 r. słowo „normalny” oznacza: «zgodny z normą, wzorem, przepisem, taki jak powinien być, prawidłowy; najczęściej spotykany, przeciętny, zwykły» a w drugim znaczeniu: «zdrowy psychicznie, będący w pełni władz umysłowych». Dziś jednak większość osób zaczęło słowo „normalny” rozumieć inaczej. Zjawiska marginalne nazywa się „normalnymi”, no bo jeżeli coś nie jest „normalne” to domniemywa się, że jest wtedy „nienormalne”, a to już przejaw dyskryminacji i obelgi. W efekcie, wszystko co było i jest statystycznie rzadkie uznaje się za normalne. Występujący u kilku procent osób w populacji homoseksualizm nazwano dziś inną orientacją seksualną, choć jeszcze kilkanaście lat temu prawie nikt takiego pojęcia nie używał, oraz określono to zjawisko jako normalne. Ba, związki homoseksualne dwóch osób zrównano prawnie w wielu krajach z małżeństwem, przyznając m.in. prawo do adopcji dzieci, mimo że np. wielożeństwo uznaje się w tych krajach za podlegającą karze bigamię! A przecież w islamie, i wielu innych religiach dopuszcza się posiadanie wielu żon i statystycznie rzecz biorąc jest ono częstsze niż homoseksualizm, a szczególnie transseksualizm. Tymczasem osoba po operacji zmiany płci reprezentuje w polskim Sejmie kobiety, tak jakby, będąc większość życia facetem, mogła cokolwiek powiedzieć o problemach kobiet! Szczególnie o bólach menstruacyjnych i porodowych. Czy świat nie jest zabawny? No i dlaczego za „normalne” nie uznaje się łamania przepisów drogowych, kradzieży, śmiecenia, szkodzenia środowisku naturalnemu? Przecież zjawiska te są o wiele częstsze niż homoseksualizm i najczęściej nieuleczalne. Dlaczego sądy uznają za wystarczający powód do rozwodu zdradę małżeńską? Czy we współczesnym świecie nie jest ona normalnością?

Dziś lewicowe ideologie, opierające się na walce klas, płci i materializmie, przeorały ludziom Zachodu rozumy. Inteligencja zastąpiła mądrość, a głupota stała się normalnością. Dlatego prostytutki, aktorzy filmów porno, tancerze egzotyczni (to też jedno z bardziej zabawnych i eufemistycznych określeń nowomowy), jak i wszystkie inne kurwy, oszuści i świnie, są dziś osobami świadczącymi usługi, celebrytami lub politykami. W końcu mają znaczący wkład w PKB cywilizowanego świata. Ironia mojej wypowiedzi nie jest w tym miejscu przypadkowa.

Uczestnicy “Marszu równości”

By było zabawniej rośnie też ilość przepisów. Posłowie, eurodeputowani i inni wybrańcy narodów uchwalają coraz więcej przepisów określających co wolno, a co nie. W efekcie ogranicza się wolność ludzi. W Szwecji zgłoszono propozycję by mężczyznom zabronić sikać na stojąco (okazało się, że to nie był żart), w USA ukarano fotografów i cukierników za odmowę obsłużenia ślubu homoseksualnych par, zmuszono prezesa Mozilli do rezygnacji za przekazanie datku na fundację promującą tradycyjne małżeństwa – swoją drogą ciekawe dlaczego nikt nie protestował jak prezesi innych firm dawali o wiele większe sumy na organizacje homoseksualistów. W UK odebrano dziecko dziadkom i oddano do adopcji parze gejów. W Polsce chce się wprowadzać do szkół podręczniki promujące ideologię gender, unikające odwołań do płci, w przedszkolach wprowadzano program, w którym przebierano małych chłopców za dziewczynki.

Ale co to wszystko ma wspólnego z pierwszymi akapitami mojej notki, gdzie opisywałem rzeczywistość PRL? Od jakiegoś czasu w prywatnych rozmowach coraz częściej słyszę: „tak nie wolno mówić”, „niedługo nie będzie wolno tak mówić”, „uważaj, za to stwierdzenie, to niedługo będzie można pójść siedzieć”, „naprawdę chcesz to napisać? nie boisz się homoseksualistów oni są dobrze zorganizowani”. Tak, ludzie zaczynają się bać! Nie wolno rzeczy nazywać po imieniu: kurwę kurwą, zboczeńca zboczeńcem, szmatę szmatą, idiotkę idiotką, złodzieja złodziejem. Dla „poprawności politycznej”, panią minister nazywa się „ministrą” a panią socjolog „socjolożką”, nie zważając na śmieszność i kuriozalność nowomowy. Podczas podpisywania umów o pracę zmusza się ludzi do składania oświadczeń, że nie dyskryminują oni homoseksualistów i kobiet. Wszystko ma być poprawne. Jak za komuny ludzie dokonują autocenzury, uważają by nie popełnić myślozbrodni. A mieliśmy mieć wolność. Dlatego, jeszcze raz pytam się was, geje, feministki, politycy – co żeście zrobili z naszą wolnością?!

 

Włodzimierz Bykowski

Related posts