Każdy mijający rok skłania do refleksji (I)

Każdy mijający rok skłania do refleksji (I)

Każdy mijający rok skłania do refleksji. Na poziomie indywidualnym, zastanawia nas, co udało się zrealizować a co musi jeszcze poczekać na swój finał. Co było sukcesem – a co naszą porażką. W skali makro, publicyści, profesorowie, autorytety medialne robią wiwisekcję na otwartym organizmie minionego roku i wymieniają kwestie godne uwagi, resztę pomijając milczeniem. Zwykły obywatel, pytany w ankietach socjologicznych, co zapamiętał istotnego z kończącego się roku, wspomina wiekopomne wydarzenia, rocznice czy wybory demokratyczne, do tych czy innych gremiów, albo odtwarza w swojej pamięci to, o czym było głośno w przestrzeni medialnej, która nas otacza.

Paweł Adamowicz – o zmarłych nie powinno mówić się źle…

Choć do podsumowań 2019 rok jeszcze daleko,  można zaryzykować tezę, że jednym z tych zapamiętanych wydarzeń w Polsce, trwającego wciąż roku, będzie to, co zdarzyło się na samym jego początku – a mianowicie – zabójstwo prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. To, czego byliśmy świadkami 14 stycznia na scenie, w czasie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, najczęściej bywa rozpatrywane w kategoriach politycznych lub po prostu kryminalnych. Ja natomiast chciałbym abyśmy na przytoczony dramat spojrzeli z zupełnie  innej strony – nazwijmy ją sepulkralną – oraz aby stał się on asumptem do szerszych rozważań natury psychologicznej. Nie będę w tym miejscu zajmował się motywami zbrodni ani oceną, kto ponosi polityczną odpowiedzialność za morderstwo oraz nie będę mierzył się z oczywistym pytaniem – kto poza zamachowcem powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Śmierć człowieka, szczególnie nagła i przedwczesna to zawsze dramat. Na powyższe wydarzenie pada jednak światło i to w bardzo dużych ilościach. Chodzi mianowicie o „blask” – który rozświetla pamięć po zamordowanym prezydencie Adamowiczu. Przysłowie mówi, że o zmarłych nie powinno mówić się źle ale jest rzeczą wiadomą, że zmarłe osoby publiczne podlegają ocenie, ich działalność analizie a ich życiorysy potrafią implikować debaty i spory naukowe. Jak różnie przecież postrzegani są: Napoleon Bonaparte, Margaret Thatcher, a na „naszym podwórku” generał Wojciech Jaruzelski czy Tadeusz Mazowiecki. Bywa jednak i tak, że ocena danej postaci życia publicznego w społeczeństwie nie ulega zmianie z powodu pewnych dokonań np. mających miejsce pod koniec życia ale z samego faktu sposobu odejścia z tego świata. I tu rzecz znamienna, nasuwa się konstatacja; można być niemal całe życie anonimowym urzędnikiem, jednym z wielu prezydentów czy po prostu kolejną osobą na liście płac, tej czy innej instytucji tudzież firmy, aż przychodzi – najczęściej nagła – śmierć, która w mgnieniu oka odmienia cały żywot, rzuca potężne i nowe światło na całą biografię danego człowieka. Śmierć potrafi odmienić postrzeganie danej persony o 180 stopni a bywa, że zmarła osoba po – i dzięki – takiej a nie innej śmierci, staje się dopiero obecna w przestrzeni publicznej i w pamięci potomnych.

Groźba więzienia i walizka pieniędzy

Osobliwe to lecz prawdziwe, że nie sposób życia a ustanie życia, jakże często zmienia perspektywę postrzegania przez nas danej osoby. Zamordowany prezydent Adamowicz musiał za życia faktycznie być ceniony przez gdańszczan skoro sprawował urząd prezydenta miasta nieprzerwanie od 1998 roku. Faktem jest jednak, że w ostatnich latach na wizerunku prezydenta pojawiła się poważna rysa, mianowicie oskarżenia o podanie nieprawdziwych informacji w oświadczeniach majątkowych z lat 2010-2012. Niejasności związane z sumą ok. 180 tys. zł i trudność z oszacowaniem ilości posiadanych mieszkań. Wspomniane kwestie, groźba trzech lat więzienia czy udział w reklamie niesławnego OLT Express spowodowały, że nawet macierzysta partia Platforma Obywatelska zdecydowała się nie popierać Adamowicza w zeszłorocznych wyborach samorządowych, wystawiając innego kandydata. Jeden z prominentnych działaczy PO rzucił publicznie hasło, że urzędujący prezydent powinien wytłumaczyć się z walizki pieniędzy, którą dostał albo, że „jest jednak motywem niszczącym”. Mimo takich a nie innych okoliczności Paweł Adamowicz wygrał kolejny raz batalię o fotel włodarza miasta. Jednak okoliczności spektakularnego sukcesu wyborczego budziły niesmak. Niektórzy komentatorzy załamywali ręce nad stanem polskiej demokracji, skoro człowiek z zarzutami prokuratorskimi został szósty raz prezydentem. Minęło kilka miesięcy i przyszedł  dzień 14 stycznia 2019 roku, w którym, prawdopodobnie, niepoczytalny zamachowiec ugodził wiele razy nożem Pawła Adamowicza – zadając mu śmiertelne rany. Wydarzenie to, zmieniło na zawsze obraz prezydenta. W samych superlatywach o zmarłym zaczęło wypowiadać się większość komentatorów i przedstawicieli życia publicznego oraz zwykłych ludzi. O wybitności Adamowicza mówił m.in. prezydent Bytomia, komplementowali go: Bohdan Borusewicz, Lech Wałęsa, Aleksander Hall, a nawet wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans. Donald Tusk, po raz pierwszy chyba, publicznie nazwał Adamowicza swoim przyjacielem, Grzegorz Schetyna, który cofnął poparcie dla Adamowicza przed wyborami samorządowymi, oznajmił, że „Zabójstwo prezydenta Gdańska stanie się cezurą w nowej historii Polski” a prezydent był „wielkim człowiekiem, wielkiego charakteru”. Aktorzy, sportowcy wychwalali lub upamiętniali zmarłego. W wielu miastach Polski m.in. w: Gorzowie Wielkopolskim, Bydgoszczy i oczywiście w Gdańsku, a także poza granicami kraju, np. w czeskiej Pradze, zaczęły padać propozycje nadania nowych nazw ulic – z nazwiskiem prezydenta Gdańska.

Samobójczy protest bohaterów

Rzeźba upamiętniająca Jana Palacha

O kampanii wyborczej, w której zwycięzcą okazał się Adamowicz oraz o pamiętnym wieczorze 14 stycznia 2019 roku napisano wiele. Dla wielu też, postrzeganie prezydenta Gdańska po jego zabójstwie zmieniło się diametralnie, śmiem twierdzić, że wiele osób dopiero wówczas dowiedziało się tak naprawdę o istnieniu samorządowca z Wybrzeża. Cały ten kontekst, poza oczywistym dramatem śmierci człowieka, prowadzi do szerszych rozważań nad naturą naszego postrzegania otaczającej nas rzeczywistości, szczególnie mając na uwadze śmierć jako motyw kształtujący opinię społeczną i pamięć potomnych. Niczym kwintesencja zapytania: co po nas zostanie? Czy przejdziemy przez życie niezauważenie? Czy choć nasza śmierć z wykrzyknikiem wyartykułuje nasze istnienie… Są właśnie takie śmierci, które stają się krzykiem słyszalnym bardzo daleko, jawią się jako sprzeciw wobec otaczającego zła.

Do takich dramatycznych odejść z tego świata, z pewnością, można zaliczyć publiczną śmierć przez samospalenie Ryszarda Siwca i Jana Palacha. Obaj popełnili swe czyny w imię protestu przeciw wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji w 1968 roku. Pierwszy podpalił się 8 września 1968 roku w czasie uroczystości dożynkowych na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Czeski student natomiast, dokonał aktu samospalenia 16 stycznia 1969 roku na Placu Wacława w Pradze. Można powiedzieć, że zarówno Ryszard Siwiec jak i Jan Palach, za życia byli znani tylko dla swego określonego grona przyjaciół, znajomych i rodziny. Ich samobójczy protest uczynił z nich bohaterów, bojowników walki o pokój i suwerenność. Mimo że władze komunistyczne w PRL-u i Czechosłowacji robiły wszystko aby nie dopuścić do powstania swego rodzaju kultu Siwca i Palacha, ich płonące protesty szybko stały się znane, a same postaci doczekały się z biegiem lat pośmiertnej sławy.

Morderstwa komunistycznych służb

Podobna sytuacja miała miejsce z dwoma przedwczesnymi śmierciami: Stanisława Włodzimierza Pyjasa, studenta z Krakowa i Grzegorza Przemyka, licealisty z Warszawy. Pierwszy został zamordowany przez ludzi z kręgu komunistycznych służb specjalnych, a drugi zmarł z powodu licznych obrażeń po pobiciu przez milicjantów. O Stanisławie Pyjasie opinia publiczna usłyszała na początku maja 1977 roku, w momencie ogłoszenia smutnej informacji o jego śmierci, co spowodowało liczne demonstracje oraz wezwanie do przerwania juwenaliów. Niewyjaśniona niestety do dziś, śmierć Stanisława Pyjasa wciąż jest obecna w przestrzeni publicznej, szczególnie dzięki postawie przyjaciela Pyjasa, dziennikarza Bronisława Wildsteina. W 1996 r. powstał film na motywach biograficznych Stanisława Pyjasa, pt. „Gry Uliczne”, w reżyserii Krzysztofa Krauze. Śmierć Grzegorza Przemyka w 1983 r., który ledwo co wkroczył w pełnoletniość i cieszył się ze zdanej matury, wstrząsnęła jego rodziną i przyjaciółmi. Pogrzeb, który stał się wielką patriotyczną manifestacją, uczynił z warszawskiego licealisty postać znaną, będącą symbolem represji komunistycznych służb wobec bezbronnych obywateli. Dramatu sytuacji dodaje fakt, że jednym z odprawiających pogrzeb Przemyka był ksiądz Jerzy Popiełuszko, który w następnym roku został bestialsko zamordowany przez SB, w czasie powrotu z Bydgoszczy do Warszawy. Pyjas i Przemyk zginęli w przerażających okolicznościach, mając całe życie przed sobą. Stali się znani a ich nazwiska rozpoznawalne dzięki śmierci, a nie dzięki dotychczasowym dokonaniom. Z drugiej strony nie wiem oczywiście, ile osiągnęły by wspomniane postaci, gdyby miały okazje dożyć lat tzw. spokojnej  starości. Tak czy inaczej, obaj są przykładem pośmiertnej sławy, której nie mieli za życia – a przynajmniej pośmiertnej rozpoznawalności.

Emiliano Sala i katastrofa samolotu

Emiliano Sala

Zupełnie na innym biegunie życia społecznego usytuowana była postać argentyńskiego piłkarza Emiliano Sala. Ten zmarły przedwcześnie sportowiec stał się znany i rozpoznawalny poza własnym klubem, tak na prawdę w momencie zaginięcia nad Kanałem La Manche pasażerskiego samolotu, w którym znajdował się on i pilot maszyny. Trwające wiele dni poszukiwania niestety nie przyniosły ratunku tylko spowodowały odnalezienie wraku samolotu i dwóch ciał. Rozmawiałem z wieloma fanami piłki nożnej, także tymi, którzy szczególnie interesują się futbolem we Francji (gdzie grał Sala) i w Anglii (gdzie miał grać) i nikt przed katastrofą samolotu nie kojarzył argentyńskiego piłkarza. Po dwanaście goli w trzech ostatnich sezonach spędzonych w FC Nantes nie uczyniło z Emiliano topowego sportowca ale zaowocowało transferem do przeciętnego klubu z Premier League. Rzecz osobliwa, dwie konkurencyjne gry video FIFA 19 i Pro Evolution Soccer 2019 zachowały się diametralnie różnie po śmierci piłkarza. Pierwsza, usunęła jego postać z gry, druga wręcz przeciwnie – dokładnie odwzorowała jego indywidualne cechy aby go upamiętnić. Podsumowując, można zaryzykować gorzką tezę, iż kariera Emiliano Sala była spokojna i cicha, jak to się czasem mówi – bez fajerwerków, natomiast nagły zgon, przyniósł mu pośmiertną sławę a nawet uznanie.

 

Paweł Domieracki

Related posts