Za mniej niż trzydzieści srebrników

Za mniej niż trzydzieści srebrników

Wiele lat temu, a dokładnie w 1995 r., miała miejsce telewizyjna debata między Aleksandrem Kwaśniewskim i Lechem Wałęsą. Pod koniec programu, do byłego przywódcy strajków w Stoczni Gdańskiej, podszedł Kwaśniewski by się pożegnać. Wałęsa odpowiedział mu podirytowany: „Panu to ja mogę nogę podać”. Siedząca przed telewizorami opinia publiczna, poparta nagonką medialną, doszła do wniosku, że były przywódca Solidarności jest skończonym chamem i nie może być już prezydentem. W wyniku bezpośredniego głosowania, najwyższe stanowisko w Rzeczpospolitej Polskiej przypadło na dwie kadencje byłemu aparatczykowi PZPR. Uznałem wówczas, że Polacy stracili rozum, oddając państwo w szpony jawnych zdrajców, którzy przez cały okres PRL, służyli obcemu mocarstwu, czyli ZSRR.

Lech Wałęsa był jednak przez Kwaśniewskiego sprowokowany. Specjaliści od manipulacji społecznej – bo tak ich należy nazywać, wpadli na pomysł jak prostego elektryka, a jednocześnie prezydenta, wyprowadzić z równowagi. Zanim zaczęła się debata, zanim włączono kamery, Aleksander Kwaśniewski przywitał się ze wszystkimi w studiu, ale zignorował osobę, z którą powinien się był przywitać najpierw; bo obojętnie co o Wałęsie myśleć, pełnił on w owym czasie funkcję pierwszego obywatela. To jemu należał się konwenansowy ukłon, jemu były komunistyczny minister, powinien okazać szacunek podchodząc by się przywitać. Pomysł na prowokację był prosty, opisany w podręcznikach psychologii społecznej, a przetestowano go w Stanach Zjednoczonych już w latach 60. ubiegłego wieku. W Polsce była to nowość. Należało wyprowadzić przeciwnika z równowagi przed włączeniem kamer, uderzyć w słaby punkt. Kwaśniewskiemu się udało.

1 września 2015 roku, na Westerplatte, mieliśmy powtórkę z rozrywki. Ewa Kopacz, premier polskiego rządu, która przez większość czasu zajmowała się jedynie prowadzeniem kampanii wyborczej na rzecz Platformy Obywatelskiej, nieustannie odstawiając szopki w postaci objazdowych posiedzeń rady ministrów, nie podeszła do nowego prezydenta, by ten się mógł z nią przywitać. W odróżnieniu do Wałęsy, Andrzej Duda zachował się nienagannie, bo nie zrobił nic niewłaściwego w tej niejasnej sytuacji, ale jednoznacznie negatywnie dla prezydenta sprawę przedstawiły media, tylko po to by dowalić PiS. W końcu nowemu prezydentowi nie należy się ani jeden dzień spokoju, jak miało to miejsce w przypadku premiera Donalda Tuska lub wspomnianej byłej marszałek Sejmu. Bo PiS to podobywatele, którym nic się nie należy. Zagranie z Westerplatte było czysto marketingowe, obliczone tylko na pobudzenie emocji u prostych, działających impulsowo widzów telewizji i bezrefleksyjnych czytelników codziennych gazet. Niestety, dla mnie jest to kolejny dowód, że rzeczywistość polityczna w Polsce urąga wszelkim standardom. Jest to bardzo smutne.

Cała sytuacja, z nagonką na PiS, prowadzoną przez rzekomo wykształcony elektorat PO, redaktorów mediów, znanych aktorów i innych, przypomina mi mechanizm linczu, który opisałem już przy okazji, nagonki na bogu ducha winnych rodziców dziecka pozostawionego pod opieką pracownika lotniska do czasu przyjazdu dziadków. Dla mediów liczy się tylko owczy pęd i nagonka, a niezliczone rzesze redaktorów w nich pracujących sprzedają się często za o wiele mniej niż biblijne trzydzieści srebrników. Wszystko przez to, że słowa tracą dziś znaczenie i ludzie zapominają że kurwienie się nie jest zaszczytem lub normalnością, ale zwykłym upadkiem moralnym.

Wywoływanie u widzów najprymitywniejszych emocji, jak za czasów Trzeciej Rzeszy na Żydów, jak za PRL na inteligentów, kułaków, zwyczajnie wrogów, jest zwykłą podłością. W końcu, niezależnie od poglądów, czy się z nimi zgadzamy, czy nie, jednej trzeciej społeczeństwa należy się szacunek. Tak zwyczajnie, choćby ze zwykłej przyzwoitości. Tymczasem wielu ludziom wydaje się, że każdy chwyt jest dozwolony, bo ten drugi to podczłowiek, ciemnota, zaraza. By było ironiczniej usprawiedliwiają swoją nienawiść wyimaginowaną nienawiścią przeciwników. Widać to szczególnie w internecie, gdzie skończone gbury, uważające się za oświeconych, żądają od katolików uległości, a swoje chamstwo usprawiedliwiają argumentem, że ich nie obowiązuje prawo miłości do bliźniego. Żałosne to mało powiedziane. Dlatego na granicach Polski powinno się postawić tablice z sentencją zaczerpniętą z Orfeusza Alessandra Striggia, gdzie na granicy Piekła stał kamień, informujący, że wszyscy śmiertelnicy powinni porzucić nadzieję wchodząc do krainy Plutona.

 

Włodek Bykowski

Related posts